niedziela, 1 lipca 2018

"Och, Elvis" Marika Krajniewska - recenzja przedpremierowa

76/2018

Jak pisałam post o zapowiedziach lata pamiętam, że ta książka utkwiła mi w głowie w tym natłoku nowości. Fajny piesek na okładce, rekomendacja mojej ulubionej pani Witkiewicz oraz opis: "Przyjaciółki, które ukradły urnę i zniknęły"! - musiałam ją przeczytać.

Czy książka spełniła moje oczekiwania? Zapraszam na moją recenzję.





ZASKAKUJĄCA OPOWIEŚĆ O PRZYJAŹNI DO GROBOWEJ DESKI 
(A NAWET DŁUŻEJ).

Kto z nas nie chciałby mieć przyjaciół do końca życia? Ja na pewno bym chciała. Czasami widzę siebie jako taką żwawą babcię z moimi koleżankami. Najgorzej jednak jak jedna z przyjaciółek by umarła....

Właśnie o tym jest ta książka - o przyjaźni między trzema staruszkami: Gienią, Alicją i Marysią. Alicja mieszka w "Domu Spokojnej Starości Patrycja" w Warszawie, której szefem jest Joanna, kobieta mieszkająca tylko z matką. Joanna lubi swoją pracę, oddaje jej całe swoje serce, ale ma też dosyć gderania własnej rodzicielki odnośnie jej pracy w domu starców i braku męża. Joanna przezywana jest "Małą Mi" przez patrycjuszy. 

 "-Ty masz dwadzieścia lat, ja mam dwadzieścia lat...
- Odbiło nieco? Zaczekaj, ja nie mam dwudziestu lat, ale za to mam reumatyzm, no zaczekaj!"

To takie standardowe teksty babć, na pewno nie są to powolne staruszki. Rozbawiła mnie sytuacja, jak Gienia pomyka na hulajnodze.

Kobiety mimo iż mieszkają oddzielnie starały się często spotykać, zazwyczaj rano. Jeśli coś się wydarzyło i spotkanie było wieczorem, na hasło SOS Alicja wymykała się z domu starców. Tak było i pewnego wieczoru, kiedy Alicja oświadczyła, że za trzy dni wyruszają na grób Elvisa, bo jest to jej marzenie przed śmiercią. Niestety tej nocy Alicja umiera i przyjaciółki w żałobie kradną urnę z jej prochami i chcą spełnić jej ostatnie marzenie.

"Koperta z planem ucieczki Alicji spoczywała na dnie torebki. Żadna nie odezwała się słowem. Obie w ciszy, podążały jak najszybciej się tylko dało. Na zadyszkę nie zwracały uwagi, trochę na bolące stawy..."

Mają też do pomocy rude dziecko Ulkę, która jest częstym gościem w domu starców. W ślad za nimi rusza "Mała Mi" i wnuczek Alicji, którzy nie pałają do siebie sympatią,. 

"Tak jak mówiłam, drogi panie wnuku: babcia była i się zmyła. Tu - pokazała palcem, choć matka mówiła, że się nie pokazuje - tu stała urna. ... I nie ma." 



Wbrew okładce i opisowi to nie jest łatwa lektura, komediowa i z jajem. Są momenty śmieszne, ale książki nie można zaliczyć do komedii. Bardziej powieść obyczajowa, tym bardziej, że jest też moment retrospekcji wydarzeń z 1964 r. kiedy dowiadujemy się jak poznały się nasze główne bohaterki i jakie były ich wspólne losy. Na pewno nie spodziewałam się takiej fabuły po tej pięknej okładce. 

Przyznam się Wam szczerze, że książka tak do połowy średnio mi się podobała, jednak potem mocno się rozkręciła, a na samym końcu zakręciła mi się aż łezka. Czytałam wiele książek o staruszkach i ta jednak jest jedną z lepszych w tym temacie. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.



Wydawnictwo: Czwarta Strona
Ilość stron: 312
Moja ocena: 8/10